Ekspresja pustki. Obcowanie z pustą kartką, zawierającą reklamę leków i lekarskim długopisem zapisaną nazwę żelu na gojenie stawów. Mistrz ceremonii nie zjawi się i nie rozłoży swojego przeklętego tarota z płaszczyznami świadomości. Jegomość tak naprawdę przypomina kapelusznika, tyle że w obu skrzydłach fioletowego płaszcza zamiast wybrakowanego kompletu do spożywania herbaty, chowa narzędzia błahych tortur, tych najcudowniejszych, wiodących wprost do wyjścia ewakuacyjnego. Na zielonobiałej tabliczce widnieje jednak inny napis: lekki, przyjemny ból.
Ścieżka, która prowadzi do wyśnionego stanu pachnie majową nocą. Mistrz ceremonii nie jest przewodnikiem, on tylko trzyma klucze, dlatego woń kwitnącego powietrza nie próbuje zająć miejsca naftaliny na starej kapocie. Kiedyś próbowałem do niego pisać litanię, ale sakralne formy nigdy nie działają. Pewnie śmiał się tylko z moich prób odzyskania gruntu pod nogami. Odwdzięczył się nadobnie przestając wymierzać regularnie karę za marzenia. Kartki raziły oczy bielą, a pamięć o tych, wcześniej zapisanych, zarastała kłębami kurzu.
Kurz nawozem być nie może, a zastosowanie techniki wypaleniskowej wywoła jedynie gęsty, duszący dym. Postanowiłem więc nie tracić czasu czekając na wielki kapelusz wyłaniający się zza linii horyzontu, który zwiastowałby przybycie mistrza. Jak na złość zacznę bez niego. Gdy przyjdzie mi zbierać owoc wyrosły na brudzie, będzie chciał wrócić, żeby chociaż skosztować i wycenić samego siebie, jako początek i podstawę zbiorów. Być może uda mi się nawet wyhandlować za szczyptę samozadowolenia łopatę, żeby dokopać się do skamieniałych świadectw niedojrzałości.
Czy to manifest? Czy to “ani słowa o pisaniu”? Czy to początek wyścigu ze śmiercią?
W grę wejdzie ból, a karty rozkładać będzie ucisk w piersi.
Szafarz z kapeluszem. Kapelusznik z szafą.
/napisane podczas zwisania z parapetu w klitce, w której ostatnimi czasy bywam nader często. jak nietrudno się domyślić początek cyklu degustacyjnego. życzę smacznego i nie omieszkajcie zostawić kilka słów dla uniżonego szefa kuchni. chyba, że zgotowane potrawy nie niosą żadnego ładunku estetycznego./
