Człowiek nie widzi ludzi, których spotyka na drodze. Mijane twarze rozmywają się w świadomości. Nie ma pewności, czy potrącony w zamyśleniu dziesięciolatek (rozumiem, że zdarza Wam się wpadać na ludzi w zamyśleniu) nie zostanie przypadkiem za kilkadziesiąt lat prezydentem IV Rzeszy, a może jego koleżanka wyrośnie na piękność, która trafi do produkcji seryjnej i będzie zdobić każde skrzyżowanie.
Dlaczego o tym piszę? Otóż stałem się świadkiem ciekawego zbiegu okoliczności. Kilka dni temu starałem przypomnieć sobie tekst dawno zasłyszanej piosenki, słowa zapamiętane znalazły się w tytule. Sprawa nie nagliła, więc jakoś przeszedłem spokojnie do nieporządku codziennego. Kolejnym punktem koniecznym do naniesienia jest część mojej tygodniowej rutyny, a mianowicie przeglądanie dodatku kulturalnego Gazety Wybiórczej. Numer „Dużego formatu” zapowiadał się dosyć ciekawie, najpierw artykuł o wcielaniu się w role menela, potem skrajne metamorfozy światopoglądowe trzech facetów, było jeszcze coś o bieganiu, wyniki konkursu „Teraz Polska goła”, nowości wydawnicze… I nagle wytężyłem wzrok, przetarłem oczy z niedowierzaniem i schyliłem się nad tekstem. W podtytule wywiadu widniało wyraźnie, choć być może w innej formie deklinacyjnej „polski Tom Waits”. Niezwykle jestem wyczulony na to imię i nazwisko, bo uważam Waitsa za artystę, żeby przybliżyć termin użyję religijnej analogi – święty, co w kulturze cuda robi. Do artykułu dołączone było zdjęcie potężnego mężczyzny z głową pochyloną tak, że nie było widać twarzy. Przeczytałem całość, nie zrozumiałem tytułu. Od razu nasunęły mi się dwie myśli, po pierwsze – człowiek rzeczywiście życiorys ma do Waitsa analogiczny; po drugie – odniosłem wrażenie, jakbym drugi raz czytał Pętlę Marka Hłaski – w największym skrócie, opowiadanie o człowieku pragnącym skończyć z alkoholem, bardzo przygnębiające. Przejść wypadałoby jednak do samej osoby wywiadu udzielającej – Marka Dyjaka. Zaczyna się od próby samobójczej, potem szpital. Skok chronologiczny – tatuaż z gwiazdą dawidową i jeszcze wcześniej dzieciństwo obok byłego obozu koncentracyjnego, gdzie spędzało się wagary. Druga część to dużo alkoholu, tak gdzieś dwa litry w celu rozpoczęcia normalnej rozmowy, granie po barach, detoksy, kobieta i muzyka, skok do małego zakończenia w barwach raczej polichromatycznych i deklaracja, że to ostatni wywiad o alkoholizmie. „Bo gadanie o tym też kosztuję. A każde kolejne będzie już sprzedawaniem atrakcyjnej historii ”. Co ma to wspólnego ze zbiegiem okoliczności? Zaczynałem powoli kojarzyć sylwetkę człowieka ze zdjęcia z kimś innym. Z osobą, która przyjeżdżała kiedyś na kolonie i śpiewała z dzieciakami i młodzieżą przy ognisku. Piosenki były poruszająco smutne, choć pewien nad wyraz wysoki dzieciak siedzący gdzieś w czwartym, albo trzecim rzędzie nie rozumiał jeszcze, że chodzi o przemijanie. Razem ze skojarzeniem doszło nowe doświadczenie – poznałem jak to jest dowiedzieć się o kimś z gazety.
Słyszałem wtedy trzy piosenki, wszystkie można teraz znaleźć na youtube, ta z której zaczerpnięty został cytat nosi tytuł „Na mnie już pora”. Zadziwiające jest to, że odkąd poznałem „polskiego Toma Waitsa”, wydał on cztery płyty. Nagrywane z przyjaciółmi małonakładowe. Szukałem na popularnym portalu aukcyjnym, cena wynosiła przeważnie 50 PLN, a ofert zatwierdzonych nie brakowało. Świeży album, tegoroczny „Jeszcze raz” był ponoć pierwszym, nagranym na trzeźwo.

“Moje miejsce w czasie przeszłym”
29/09/2009
Dzisiaj coś z zupełnie innej beczki
26/08/2009Proza mnie przeraża, proza mnie przerasta. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko skraju lasu moich złudzeń, w którym błąkałem się, utrzymując jednak wciąż kontakt wzrokowy ze ścieżkami. Za następną jagódką, za następnym grzybkiem i modrzewkiem, czai się sucha i przecinająca bór niczym margines pustą kartkę, szosa. Po szosie w starym samochodzie, powiedzmy w skodzie, jedzie wizja czterdziestoparoletniego, łysego, wysokiego krytyka sztuk wszelakich. Krytyk zatrzymuje się na poboczu, wyciąga koc, czerwony w zielone groszki i zamierza włamać się do lasu w celu…
Wtedy właśnie się obudziłem. Sen, jakimkolwiek by on nie był, snem pozostanie. A mnie nadal proza przeraża. Oczywiście nie proza wydaniu ogólnym, nie chodzi mi przecież o całokształt źródeł pisanych, a jedynie cieniutką i mizerną gałąź, istniejącą jak na razie tylko w moich wyobrażeniach.
Schodzę coraz bardziej na dramat, coraz bardziej opisy mnie nużą i chcę, żeby istniały jako proste równoważniki zdania. Coraz więcej wysiłku wymaga ode mnie stworzenie zdania w czasie przeszłym. Mimo wszystko dialog, wymaga również konsekwencji, stworzenia gamy różnorodnych bohaterów, a co gorsza domaga się przyczyny. Sztuka nie może istnieć bez przyczyny. Każdy nawet najbardziej błahy niestworzony jeszcze dramat, zadaje pytanie, czy to przez usta znerwicowanego bohatera, czy choćby przez szufladę jednego z kluczowanych rekwizytów, cały czas bombarduje pytanie „po co?”.
Parandowski w Alchemii słowa pisał, że pisanie poezji, to nie grzech, że tak się zaczyna, że każdy normalny twórca zaczynał od rymowania i metaforowania i strofienia w krótkich formach. Może ja też powinienem nie przejmować się logiką, wizerunkiem przyszłego tytana pióra i chodzącej wyroczni i oślinić trochę kartkę tym co mi z języka skapnie? Przecież czasem się słowa układają perfidnie:
człowieku ty puchu lepiej podrap mnie po uchu, inaczej cię zmienię, zawężę płomieniem, bo po co ci kończyna, gdy trzeba zaczynać;
albo innym razem:
łączyli się na łące, polanili się na polanie walcem, on powoli językiem, ona po hebrajsku i lekko na ukos;
nie, ponoszenia tego rodzaju będę następnym razem hamował już w zalążku. Wszystko albo nic. Proza (ewentualnie dramat) albo co najwyżej artykuł o ostatnio przeczytanej książce do mało poczytnej gazety. Form pośrednich nie uznaję. Żeby nie było widać mojego chronicznego zeszenięcenia. Poza tym poezja ze mnie im dalej od nośnika umożliwiającego przenoszenie, tym lepiej.

Pierwszy wpis
27/07/2009Kilka odpowiedzi na kilka pytań. Gdy drugi raz podchodziłem do notki, miałem ochotę to jakoś niesamowicie zamącić pod względem kompozycyjnym, jednak to chyba nie przymnożyłoby mi potencjalnych czytelników.
Po co blog?
Kilkakrotnie przymierzałem się do pisania dzienników, trzykrotnie do samej formy internetowej. Głównie dlatego, że dziennik jest instytucją mało zobowiązującą, otwartą dwadzieścia cztery godziny na dobę, tematu trzymać się nie trzeba i generalnie można pisać o wszystkim, dopóki nie promuje się treści faszystowskich. Zawsze jednak, gdy przyszło co do czego, traciłem chęci. Jakoś w połowie tegorocznego lipca pragnienie wewnętrznego ekshibicjonizmu na skalę globalną znów wezbrało, już się zabierałem do pisania notki… I wtedy zrozumiałem, że boję się obnażać publicznie, a jeszcze bardziej boję się obnażania moich raczkujących prób literackich. Kolejnym problemem stała się wyżej opisana już nazwa. Do czasu, aż przeczytałem Na uwięzi. Zaraz po przeczytaniu książki panicznie szukałem miejsca, gdzie mógłbym wylać nagromadzony i wyolbrzymiony obraz gwałtu. Miejsca takowego nie znalazłem, więc siłą rzeczy trzeba było je sobie urzeczywistnić. Właśnie dlatego notka rozpoczynająca pojawia się jako druga, jeśli chodzi o kolejność chronologiczną. (Tak naprawdę to chcę dołączyć do grona niespełnionych ludzi, którym ich brak realizacji w upragnionej dziedzinie przysłania cały świat i po przemierzeniu Odysei mąk i utrapień wszelakich, zostają cenionymi krytykami).
Dlaczego pisanie?
Powodów jest wiele (kolejność przypadkowa):
– zdaje mi się, że zostałem pomazany i predestynowany do takowej formy spędzania wolnego czasu, ze względu na pomysły, jakie czasami miewam. Chodzi mi o konkretny typ pomysłów, takich co ruszają organami wewnętrznymi dając znać o swojej wadze;
- trzeba przywrócić miecze do łaski. Bez programowego przygotowania samo machanie bronią nic nie zmieni;
- w wyniku próżniaczenia przez lata nauki, inteligencja analityczna przekształciła mi się w inteligencję lingwistyczną, przynajmniej tak to diagnozuję. Uczcie się matematyki póki czas;
- chcę żeby mi marmurowe pomniki stawiano, szkoły wyższe mym nazwiskiem nazywano. Chcę dostać z rąk Cesarza Order Chryzantemy i zapoczątkować epokę dionizyjską;
- niewątpliwie nadaję się do pisania aforyzmów. Zdania wyrwane z kontekstu i uznawane za mądre, a co gorsza, zbiory zdań wyrwanych z kontekstu absolutnie mi nie odpowiadają. Choćby dlatego, że dwie mądrości potrafią się wykluczać, a co dopiero kilkadziesiąt mądrości. Dochodzi do tego jeszcze kwestia przypisywania sobie autorstwa sentencji, mimo iż całkiem prawdopodobne, że pod wpływem upojenia alkoholowego, jakiś drobnomieszczaniń w zamierzchłej przeszłości podobne słowa sformułował. Tak w ogóle, to wolę głupotę. Dlatego aforyzmy moje, na nieszczęście, zwykle rozwijam;
- uważam się za ofiarę demokracji, bo nikt mi jeszcze stawiania liter na rozmaitych karteczkach z głowy nie wybił. Może gdybym się urodził trochę wcześniej, to nauczyciel przemocą wyplenił nierealistyczne tendencje i mógłbym wykonywać wymarzony zawód piekarza. Niestety wychowywałem się w czasach na wskroś humanitarnych, przez co jesteście zagrożeni tym, że gdzieś, kiedyś będziecie mieli nieprzyjemność moje słowa przeczytać;
- pragnę być pisarzem. Jak to ładnie na swojej stronie internetowej Jacek Dukaj napisał, żeby być pisarzem, trzeba pisać i o dziwo, do czasu przeczytania tych słów jakieś pół roku temu, nie byłem tego faktu świadom;
- dzięki pisaniu osiągam mocny flow. Flow z punktu widzenia psychologicznego to stan maksymalnego skupienia, czynność wykonywana zostaje odebrana przez mózg jako nad wyraz przyjemna.
Co znajdzie się na blogu?
Mam zamiar pisać, to przede wszystkim. Będę męczył pomysły najprawdopodobniej, tak żeby z każdego wyrosła chociaż jakaś miniaturka. Nie należy się spodziewać wiele, w końcu to cienkopis.
Nie uniknę chyba też pseudofilozofii, postaram się jednak nie pisać nic czysto teoretycznego, to znaczy jeśli już na pseudofilozofię mi się zbierze, postaram się ubrać ją w głos dobrze zarysowanych bohaterów.
Teoretyczne rozprawy o artyzmie i sztuce będę ograniczał do minimum. Kilka słów poświęcę również na inspiracje i tworzywa, które mnie ukształtowały.
Na suche pomysły też miejsce znajdę, myślę że mogą się takowe informacje przydać. Suche pomysły będą podawane wraz z okolicznościami dojścia do nich i środkami psychoaktywnymi (tak jak to Witkacy robił), które zaprowadziły mnie do sedna.