h1

Lekki, przyjemy ból /zapiski lubleskie #1/

26/12/2009

Ekspresja pustki. Obcowanie z pustą kartką, zawierającą reklamę leków i lekarskim długopisem zapisaną nazwę żelu na gojenie stawów. Mistrz ceremonii nie zjawi się i nie rozłoży swojego przeklętego tarota z płaszczyznami świadomości. Jegomość tak naprawdę przypomina kapelusznika, tyle że w obu skrzydłach fioletowego płaszcza zamiast wybrakowanego kompletu do spożywania herbaty, chowa narzędzia błahych tortur, tych najcudowniejszych, wiodących wprost do wyjścia ewakuacyjnego. Na zielonobiałej tabliczce widnieje jednak inny napis: lekki, przyjemny ból.
Ścieżka, która prowadzi do wyśnionego stanu pachnie majową nocą. Mistrz ceremonii nie jest przewodnikiem, on tylko trzyma klucze, dlatego woń kwitnącego powietrza nie próbuje zająć miejsca naftaliny na starej kapocie. Kiedyś próbowałem do niego pisać litanię, ale sakralne formy nigdy nie działają. Pewnie śmiał się tylko z moich prób odzyskania gruntu pod nogami. Odwdzięczył się nadobnie przestając wymierzać regularnie karę za marzenia. Kartki raziły oczy bielą, a pamięć o tych, wcześniej zapisanych, zarastała kłębami kurzu.
Kurz nawozem być nie może, a zastosowanie techniki wypaleniskowej wywoła jedynie gęsty, duszący dym. Postanowiłem więc nie tracić czasu czekając na wielki kapelusz wyłaniający się zza linii horyzontu, który zwiastowałby przybycie mistrza. Jak na złość zacznę bez niego. Gdy przyjdzie mi zbierać owoc wyrosły na brudzie, będzie chciał wrócić, żeby chociaż skosztować i wycenić samego siebie, jako początek i podstawę zbiorów. Być może uda mi się nawet wyhandlować za szczyptę samozadowolenia łopatę, żeby dokopać się do skamieniałych świadectw niedojrzałości.

Czy to manifest? Czy to “ani słowa o pisaniu”? Czy to początek wyścigu ze śmiercią?

W grę wejdzie ból, a karty rozkładać będzie ucisk w piersi.

Szafarz z kapeluszem. Kapelusznik z szafą.

/napisane podczas zwisania z parapetu w klitce, w której ostatnimi czasy bywam nader często. jak nietrudno się domyślić początek cyklu degustacyjnego. życzę smacznego i nie omieszkajcie zostawić kilka słów dla uniżonego szefa kuchni. chyba, że zgotowane potrawy nie niosą żadnego ładunku estetycznego./

h1

“Moje miejsce w czasie przeszłym”

29/09/2009

Człowiek nie widzi ludzi, których spotyka na drodze. Mijane twarze rozmywają się w świadomości. Nie ma pewności, czy potrącony w zamyśleniu dziesięciolatek (rozumiem, że zdarza Wam się wpadać na ludzi w zamyśleniu) nie zostanie przypadkiem za kilkadziesiąt lat prezydentem IV Rzeszy, a może jego koleżanka wyrośnie na piękność, która trafi do produkcji seryjnej i będzie zdobić każde skrzyżowanie.
Dlaczego o tym piszę? Otóż stałem się świadkiem ciekawego zbiegu okoliczności. Kilka dni temu starałem przypomnieć sobie tekst dawno zasłyszanej piosenki, słowa zapamiętane znalazły się w tytule. Sprawa nie nagliła, więc jakoś przeszedłem spokojnie do nieporządku codziennego. Kolejnym punktem koniecznym do naniesienia jest część mojej tygodniowej rutyny, a mianowicie przeglądanie dodatku kulturalnego Gazety Wybiórczej. Numer „Dużego formatu” zapowiadał się dosyć ciekawie, najpierw artykuł o wcielaniu się w role menela, potem skrajne metamorfozy światopoglądowe trzech facetów, było jeszcze coś o bieganiu, wyniki konkursu „Teraz Polska goła”, nowości wydawnicze… I nagle wytężyłem wzrok, przetarłem oczy z niedowierzaniem i schyliłem się nad tekstem. W podtytule wywiadu widniało wyraźnie, choć być może w innej formie deklinacyjnej „polski Tom Waits”. Niezwykle jestem wyczulony na to imię i nazwisko, bo uważam Waitsa za artystę, żeby przybliżyć termin użyję religijnej analogi – święty, co w kulturze cuda robi. Do artykułu dołączone było zdjęcie potężnego mężczyzny z głową pochyloną tak, że nie było widać twarzy. Przeczytałem całość, nie zrozumiałem tytułu. Od razu nasunęły mi się dwie myśli, po pierwsze – człowiek rzeczywiście życiorys ma do Waitsa analogiczny; po drugie – odniosłem wrażenie, jakbym drugi raz czytał Pętlę Marka Hłaski – w największym skrócie, opowiadanie o człowieku pragnącym skończyć z alkoholem, bardzo przygnębiające. Przejść wypadałoby jednak do samej osoby wywiadu udzielającej – Marka Dyjaka. Zaczyna się od próby samobójczej, potem szpital. Skok chronologiczny – tatuaż z gwiazdą dawidową i jeszcze wcześniej dzieciństwo obok byłego obozu koncentracyjnego, gdzie spędzało się wagary. Druga część to dużo alkoholu, tak gdzieś dwa litry w celu rozpoczęcia normalnej rozmowy, granie po barach, detoksy, kobieta i muzyka, skok do małego zakończenia w barwach raczej polichromatycznych i deklaracja, że to ostatni wywiad o alkoholizmie. „Bo gadanie o tym też kosztuję. A każde kolejne będzie już sprzedawaniem atrakcyjnej historii ”. Co ma to wspólnego ze zbiegiem okoliczności? Zaczynałem powoli kojarzyć sylwetkę człowieka ze zdjęcia z kimś innym. Z osobą, która przyjeżdżała kiedyś na kolonie i śpiewała z dzieciakami i młodzieżą przy ognisku. Piosenki były poruszająco smutne, choć pewien nad wyraz wysoki dzieciak siedzący gdzieś w czwartym, albo trzecim rzędzie nie rozumiał jeszcze, że chodzi o przemijanie. Razem ze skojarzeniem doszło nowe doświadczenie – poznałem jak to jest dowiedzieć się o kimś z gazety.
Słyszałem wtedy trzy piosenki, wszystkie można teraz znaleźć na youtube, ta z której zaczerpnięty został cytat nosi tytuł „Na mnie już pora”. Zadziwiające jest to, że odkąd poznałem „polskiego Toma Waitsa”, wydał on cztery płyty. Nagrywane z przyjaciółmi małonakładowe. Szukałem na popularnym portalu aukcyjnym, cena wynosiła przeważnie 50 PLN, a ofert zatwierdzonych nie brakowało. Świeży album, tegoroczny „Jeszcze raz” był ponoć pierwszym, nagranym na trzeźwo.

h1

Dzisiaj coś z zupełnie innej beczki

26/08/2009

Proza mnie przeraża, proza mnie przerasta. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko skraju lasu moich złudzeń, w którym błąkałem się, utrzymując jednak wciąż kontakt wzrokowy ze ścieżkami. Za następną jagódką, za następnym grzybkiem i modrzewkiem, czai się sucha i przecinająca bór niczym margines pustą kartkę, szosa. Po szosie w starym samochodzie, powiedzmy w skodzie, jedzie wizja czterdziestoparoletniego, łysego, wysokiego krytyka sztuk wszelakich. Krytyk zatrzymuje się na poboczu, wyciąga koc, czerwony w zielone groszki i zamierza włamać się do lasu w celu…

Wtedy właśnie się obudziłem. Sen, jakimkolwiek by on nie był, snem pozostanie. A mnie nadal proza przeraża. Oczywiście nie proza wydaniu ogólnym, nie chodzi mi przecież o całokształt źródeł pisanych, a jedynie cieniutką i mizerną gałąź, istniejącą jak na razie tylko w moich wyobrażeniach.

Schodzę coraz bardziej na dramat, coraz bardziej opisy mnie nużą i chcę, żeby istniały jako proste równoważniki zdania. Coraz więcej wysiłku wymaga ode mnie stworzenie zdania w czasie przeszłym. Mimo wszystko dialog, wymaga również konsekwencji, stworzenia gamy różnorodnych bohaterów, a co gorsza domaga się przyczyny. Sztuka nie może istnieć bez przyczyny. Każdy nawet najbardziej błahy niestworzony jeszcze dramat, zadaje pytanie, czy to przez usta znerwicowanego bohatera, czy choćby przez szufladę jednego z kluczowanych rekwizytów, cały czas bombarduje pytanie „po co?”.
Parandowski w Alchemii słowa pisał, że pisanie poezji, to nie grzech, że tak się zaczyna, że każdy normalny twórca zaczynał od rymowania i metaforowania i strofienia w krótkich formach. Może ja też powinienem nie przejmować się logiką, wizerunkiem przyszłego tytana pióra i chodzącej wyroczni i oślinić trochę kartkę tym co mi z języka skapnie? Przecież czasem się słowa układają perfidnie:

człowieku ty puchu lepiej podrap mnie po uchu, inaczej cię zmienię, zawężę płomieniem, bo po co ci kończyna, gdy trzeba zaczynać;

albo innym razem:

łączyli się na łące, polanili się na polanie walcem, on powoli językiem, ona po hebrajsku i lekko na ukos;

nie, ponoszenia tego rodzaju będę następnym razem hamował już w zalążku. Wszystko albo nic. Proza (ewentualnie dramat) albo co najwyżej artykuł o ostatnio przeczytanej książce do mało poczytnej gazety. Form pośrednich nie uznaję. Żeby nie było widać mojego chronicznego zeszenięcenia. Poza tym poezja ze mnie im dalej od nośnika umożliwiającego przenoszenie, tym lepiej.